czwartek, 24 maj 2012 › Przejdź do portalu Sanctus.pl

     INTERNETOWA  KSIĘGARNIA   KATOLICKA   >> SANCTUS <<

Dariusz Walusiak

Wdowy smoleńskie

Przeżyły dramat... Państwo zawiodło... Muszą walczyć o prawdę...

Cena: 2990


10 kwietnia 2010 roku wielu Polakom świat się zawalił. Szczególnie dotyczy to rodzin ofiar, którym musiały wystarczyć oficjalne, często sprzeczne ze sobą informacje o przyczynach tragedii. Kilka osób, które straciło bliskich, podjęło walkę o prawdę...

Smoleńskie wdowy: Ewa Błasik, Beata Gosiewska, Ewa Kochanowska, Zuzanna Kurtyka i Magdalena Merta, domagając się prawdy, stały się sumieniem narodu.

Wdowy smoleńskie to opowieść kilku dzielnych kobiet, którym sumienie, poczucie przyzwoitości i honor nie pozwoliły milczeć. Pomimo bólu spowodowanego cierpieniem i przeżywania najtrudniejszych chwil swojego życia, mężnie stanęły do obrony pamięci i prawdy. Ich mężowie muszą być z nich dumni...

Dariusz Walusiak – historyk, dokumentalista, autor kilkudziesięciu filmów dotyczących najnowszej historii Polski. W latach 80. związany z podziemnymi strukturami NZS. Za tę działalność 19 marca 2010 roku odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego krzyżem kawalerskim Polonia Restituta.

liczba stron: 302
oprawa: miękka
format: 143 x 204 mm

Recenzje:

Fragment książki

Co się działo 10 kwietnia w samolocie lecącym do Smoleńska, tego chyba nigdy do końca się nie dowiemy...

Andrzej na pokładzie samolotu był gwarantem, że nikt nie naciskał na pilotów. Mąż mógł najwyżej być w salonce prezydenckiej. Mówi się, że miał otwarte uszkodzenia, bo nie miał zapiętych pasów.

Jego ciało zostało znalezione w tym samym czasie, co ciała innych dowódców. Prawdopodobnie był w saloniku ze wszystkimi generałami. Oni mieli tam swoje miejsca. Wcześniej było ustalone, kto gdzie siądzie. Żona gen. Gągora mówiła, że oni wszyscy byli w jednym saloniku.

 

Czy mąż miał zwyczaj dzwonić po wylądowaniu do Pani?

On często latał i byłam przyzwyczajona, że nie zawsze dzwonił do mnie. W sytuacji, kiedy od razu nie zadzwonił, nie denerwowałam się. Wiedziałam, że za chwilę się odezwie. Tego dnia już się jednak nie odezwał.

 

Jak dowiedziała się Pani o tej tragedii?

Zadzwonił brat męża i zapytał mnie: „Którym samolotem Andrzej poleciał?”. Myślałam, że jest ciekawy, ponieważ mąż wahał się, czy lecieć Jakiem-40, czy Tupolewem. Powiedziałam: „Poleciał prezydenckim samolotem”. Zapanowała cisza w słuchawce. Po chwili Piotr powiedział: „Ewa, włącz telewizor”, i rozłączył się. Na pasku wiadomości była już informacja o katastrofie.

 

Czy to była pierwsza podróż męża do Rosji?

Tak. Na Wschodzie był tylko na Białorusi, kiedy na pokazach Air-schow w Radomiu w 2009 roku rozbił się białoruski samolot Su-27. W niedzielę 11 kwietnia Andrzej miał odsłaniać obelisk pod Radomiem upamiętniający tę katastrofę. Mieliśmy razem tam być.

 

Jak przyjęła Pani wiadomość o katastrofie?

Był to olbrzymi szok.

 

Czy miała Pani nadzieję, że może jednak mąż przeżył?

Od razu miałam przeczucie, że nie żyje. Razem z dziećmi zaczęliśmy się modlić. Przytuliłam je do siebie. Przez pierwszy tydzień nawet nie płakałam, zrobiłam się twarda jak skała. Byłam w kompletnym szoku.

 

Czy Pani jako żona pilota myślała kiedyś, że mąż może zginąć w katastrofie lotniczej?

Przez lata spędzone razem z moim mężem przeżyłam niejedną katastrofę. Gdzieś w podświadomości przygotowywałam się na to najgorsze. Pożegnałam tylu przyjaciół męża. Z wieloma wdowami miałam do czynienia. Kiedy mąż został dowódcą sił powietrznych upomniałam się o te kobiety, które straciły mężów. Odszukałam je i założyłam Stowarzyszenie Rodzin Lotników, którzy zginęli w katastrofach lotniczych.

 

Kiedy powstało to stowarzyszenie?

Kiedy mój mąż objął dowództwo nad siłami powietrznymi, wtedy ja, jako pierwsza z żon dowódców lotnictwa w powojennej Polsce, zatroszczyłam się o te kobiety i postanowiłam je odnaleźć. Zapytałam, jak sobie radzą, czy mają pracę, co z dziećmi, czy czegoś im potrzeba. Wiedziałam, że są nieodpowiednio traktowane przez wojsko. Zazwyczaj w momencie pogrzebu kończy się więź z wojskiem.

 

Jak kobiety, do których udało się dotrzeć, przyjęły Pani inicjatywę?

Po raz pierwszy zaprosiłam wdowy na święto lotnictwa. Jak się spotkałyśmy, było dużo łez. Do tej pory kobiety te są niesamowicie wdzięczne. Teraz często występują w obronie mojego męża w telewizji „Trwam”. Do komercyjnych stacji czy do publicznej telewizji nikt ich nie zaprasza. Za dobrze by mówiły o generale, a przecież chodzi o to, by źle o nim mówić.

 

Czy ktoś poinformował Panią oficjalnie o śmierci męża?

10 kwietnia wszystkie informacje, jakie do nas docierały, pochodziły z telewizji. Dopiero później zadzwonił do mnie premier i złożył kondolencje. Dzwonił też minister Bogdan Klich. W tym czasie było dużo telefonów z całego świata. Wszyscy przekazywali wyrazy współczucia. Przyjechał do mnie zastępca mojego męża i pocieszając powiedział, że prawie wszyscy generałowie są ze mną. W lotnictwie wiedziano, jakim Andrzej był człowiekiem. Jego podwładni, koledzy piloci również przeżyli ciężko tę stratę.

Cały czas, do momentu wyboru nowego zwierzchnika Sił Powietrznych czułam opiekę wojska. Później nowy dowódca powyrzucał ludzi mojego męża, zastąpił ich swoimi. Zrobiono czystkę, tak jak w pałacu prezydenckim.

 

Od tego czasu czuje Pani, że została sama?

Można tak powiedzieć. Cały czas dzwonią generałowie, z którymi mąż pracował. Mam z nimi wspaniały kontakt. Niechętni mi są tylko dwaj, którzy ukończyli moskiewską akademię i byli przeciwni awansowi Andrzeja.

 

Jak wiemy, po katastrofie smoleńskiej był problem z identyfikacją ciał ofiar. Czy gen. Błasika też było trudno rozpoznać?

Początkowo chciałam lecieć do Moskwy zidentyfikować ciało męża. Praktycznie wróciłam się ze stopni samolotu, którym rodziny poleciały do Rosji.

Wiedziałam, czego mogę się spodziewać na miejscu, jak wyglądają piloci, którzy giną w katastrofie lotniczej. Z tym zetknęłam się nie raz.

 

Po informacji o organizowaniu wyjazdu rodzin ofiar do Moskwy zgłosiła się Pani do hotelu przy lotnisku Okęcie, gdzie była zbiórka przed wylotem...

Tak, pojechałam tam. W hotelu było spotkanie z rodzinami. Poinformowano nas, że możemy zostać na miejscu. Był tam ksiądz, który mówił, że to, co zobaczymy, na pewno będzie bardzo drastyczne. W tym momencie zrozumiałam, że nie czuję się na siłach, żeby tam lecieć, i zrezygnowałam.

 

Czy to spotkanie zaważyło na Pani decyzji?

Tak, po tym spotkaniu zrezygnowałam. Mówiąc szczerze, nie żałuję, bo jak już wspomniałam, nie byłam w stanie temu podołać. Nie było to łatwe. Syn gen. Kazimierza Gilarskiego był pięć dni w Moskwie i nie udało mu się rozpoznać ojca. Ciało mojego męża zidentyfikowano dopiero po jedenastu dniach.

 

Czy ktoś z Pani rodziny poleciał do Moskwy na identyfikację?

Nie. Słyszałam, że piloci rozpoznali mojego męża.

 

Którzy piloci?

Dokładnie nie wiem. Ci, którzy dolatywali do Moskwy. Na razie nie ustaliłam tego. Będę chciała to dopiero wyjaśnić.

 

Dopiero po jedenastu dniach oczekiwania dotarła do Pani wiadomość, że rozpoznano męża...

Zawiadomiono mnie o tym telefonicznie. Dzwonił ktoś z wojska.

Cały czas czekałam. Nie wiedziałam, czy się uda. Ciągle były informacje o przylatujących trumnach. Gdzieś usłyszałam, że jednej z ofiar w ogóle nie udało się zidentyfikować. Obawiałam się, że to mój mąż. 23 kwietnia w końcu przyleciała trumna z ciałem Andrzeja.

 

Czy w okresie żałoby uczestniczyła Pani w uroczystościach państwowych?

Byłam na prawie wszystkich pogrzebach generałów. Uczestniczyłam w Mszach odprawianych w katedrze Wojska Polskiego. Cały czas modliłam się i czekałam, że może w końcu przyleci ciało mojego męża.

 

Czy wie Pani, jakie mąż miał obrażenia?

Przeczytałam w raporcie komisji MAK, że miał bardzo ciężkie obrażenia. W prokuraturze powinny być informacje na ten temat. Wiem jednak, że nie dotarły jeszcze z Moskwy zdjęcia ciał. Mój pełnomocnik pytał, czy chcę czytać dokumenty ze śledztwa. W tej chwili, po tych przeżyciach, po ujawnieniu raportu MAK-u, nie mam na to siły. Zrobię to na pewno, ale w innym terminie. Teraz muszę się zebrać, żeby przeżyć pierwszą rocznicę katastrofy.

 

Czy kiedy przyleciała trumna, myślała Pani, żeby ją otworzyć, chociażby po to, żeby się z mężem pożegnać?

Szczerze mówiąc, nie. Wiem, jak mógł wyglądać. Nieraz po katastrofach próbowałam od niego dowiedzieć się jak najwięcej o tym, co zobaczył. Bywało, że był jednym z pierwszych na miejscu zdarzenia. Mogłam się domyślać, jak wygląda ciało po katastrofie lotniczej.

 

Czy mąż jako pilot bardzo przeżywał katastrofy swoich kolegów?

Jako dowódca w takiej tragicznej sytuacji musiał zachować zimną krew. W środku miał jednak ludzkie odruchy.

Kiedyś rozbiła się iskra i zginął pilot, jego przyjaciel. Andrzej wtedy też latał i mógł się znaleźć w tym samolocie. Opowiadał mi, że widział nieżywego pilota, który miał jeszcze zaciśniętą rękę na drążku. Do ostatniej chwili próbował podnieść samolot. Mąż stwierdził wtedy: „Widać było, że do końca walczył o życie”.

 

Czy w takich sytuacjach mówił, jak Pani ma się zachować, kiedy coś strasznego go spotka?

Nie lubiliśmy na ten temat rozmawiać, choć przygotowywał mnie do tego.

 

Pani mąż jako ostatni wrócił z Moskwy...

To była ostatnia tura. Przyleciały wtedy trumny wszystkich dowódców oprócz generałów Buka i Gągora. Ich wcześniej zidentyfikowano i przywieziono do kraju.

 

W tej ciężkiej sytuacji chyba Pani trochę ulżyło, kiedy przywieziono ciało męża do Polski?

Obawiałam się, że będę musiała pogrzebać pustą trumnę. W końcu pochowaliśmy go na cmentarzu na Powązkach, blisko postawionego później pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej. Teraz mam nadzieję, że w trumnie, która przyleciała z Moskwy, było ciało Andrzeja.

 

Po pogrzebach zaczęły się pojawiać różne informacje na temat katastrofy. Śledzi Pani te doniesienia?

Nie byłam w stanie wszystkich informacji kontrolować. Musiałam sama przeżyć moją tragedię. Nie przypuszczałam, że o cokolwiek będzie posądzony mój mąż.

 

Czy to, co się wydarzyło w Smoleńsku, traktowała Pani jako katastrofę lotniczą?

Tak. Wszystko mogło się zdarzyć. Mogła być jakaś awaria, mogli być winni Rosjanie. Nie wiedziałam wcześniej, jaki był stan lotniska w Smoleńsku .Na pewno nie miał pojęcia, w jakim stanie jest to lotnisko również mój mąż. On w tym locie tylko reprezentował delegację do Katynia.Za ten lot odpowiedzialne były inne instytucje.

 

Czy zgadzała się Pani z decyzją władz polskich w sprawie przekazania śledztwa stronie rosyjskiej?

Porównywałam to z katastrofą białoruskiego Su-27 w Radomiu. Widziałam, jak tę sprawę załatwiono. Rozmawiałam z pilotami, którzy wchodzili w skład komisji badającej ten wypadek. Była pełna współpraca Białorusinów z Polakami. Odbywało się to z obopólnym zaufaniem. Wiem, że nie było żadnych nieporozumień. Każdemu zależało na ustaleniu przyczyn katastrofy.

Sądziłam, że i tym razem odbędzie się to podobnie, że ujawnione zostaną prawdziwe przyczyny. Nie przypuszczałam, że będziemy świadkami rozgrywek politycznych i mówienia tylko o tym, co komu pasuje.

Bardzo zdenerwował mnie płk Edmund Klich, akredytowany polski przy komisji MAK. Nie znając mojego męża, przypisywał mu całą winę, wtórując Rosjanom. Nigdy w to nie uwierzę, że Andrzej był w kokpicie! On by się tak nie zachował! Nie latał tym samolotem. Wierzył, że ma dobrze wyszkolonych pilotów. Wiedział, jak ważny jest to lot, kto jest na pokładzie. Nie wtrącał się nigdy do zadań pilotów.

Teraz wszystko jest możliwe, każda manipulacja. Tylko międzynarodowa komisja może ustalić prawdziwe przyczyny katastrofy. Niezależni eksperci powinni mieć dostęp do wszystkich dowodów, jakie udało się do tej pory zebrać, zbadać czarne skrzynki i sprawdzić, czy zapisane w nich informacje nie zostały zmanipulowane. Dopóki tego się nie zrobi, dopóki Rosjanie nie udostępnią nam wszystkiego, to będzie można różne rzeczy mówić.

 

Do momentu ukazania się raportu MAK wierzyła Pani w wyjaśnienie przyczyny tej tragedii?

Miałam nadzieję, że dowiemy się prawdy. Śledziłam informacje na ten temat w prasie i telewizji. Byłam spokojna. Wiedziałam, że do mojego męża nikt nie ma zastrzeżeń. Informacje takie docierały do mnie od ludzi, którzy byli w Moskwie. Od momentu ukazania się raportu MAK nie oglądam telewizji.

 

Pani ma status osoby pokrzywdzonej jako najbliższa osoba jednej z ofiar katastrofy. Korzystała Pani z przysługującego prawa wglądu do dokumentów prokuratury badającej przyczyny tej tragedii?

Dostaję z prokuratury materiały, ale tam nic nie ma.

 

A ma Pani swojego pełnomocnika?

Po tym, jak ogłoszono, że we krwi mojego męża wykryto alkohol, powołałam swojego pełnomocnika. Gdy zaczęto oczerniać Andrzeja, nie mogłam znaleźć prawnika, który nie bałby się mediów. Rozmawiałam z dwoma, ale nie chcieli się podjąć tej sprawy. Wiedziałam, że sama nie poradzę sobie z tymi oskarżeniami.

Kiedy gen. Tatiana Anodina z komisji MAK mówiła o alkoholu, liczyłam, że ktoś stanie w obronie mojego męża. Miałam nadzieję, że nowy Zwierzchnik Sił Zbrojnych czy minister obrony narodowej czy obecny dowódca sił powietrznych powiedzą, iż te słowa obrażają polskiego generała. Jestem świadkiem, że przed uroczystościami nigdy nikt nie pił. To niemożliwe! Tym bardziej w drodze do Katynia!

Rosjanie kłamią nam prosto w twarz. Śmieją się z Polaków. Oczerniają nas przed całym światem, a my w żaden sposób na to nie reagujemy.

Po prezentacji raportu MAK ledwo żywa pojechałam do Sejmu. Tam zorganizowano konferencję prasową. Powiedziałam do dziennikarzy, że na oczach całego świata obraża się polskiego generała. Wtedy też mecenas Kownacki ujął się za mną i zgodził się zająć sprawą szkalowania mojego męża.

Poczułam, że jestem ogromnie poszkodowana i że to wszystko, co się dzieje, to jest wyrachowana, bezpodstawna nagonka na mojego męża.

 

Przed raportem MAK oskarżano pilotów o spowodowanie katastrofy. Jak Pani reagowała na te doniesienia?

Uważałam, że Rosjanie nie mają prawa mówić źle o naszych pilotach. Oni nie podjęliby się tak ryzykownego lądowania, gdyby zamknięto lotnisko. Z informacji, które do nas docierają, widać, że zostawiono ich samym sobie. Dodatkowo wieża podawała mylne komunikaty.

Wiem, że w prokuraturze są zeznania rodzin pilotów oczerniające mojego męża. Ktoś bardzo sprytnie wykorzystał ich i podkręca całą atmosferę. Komuś bardzo zależy, żeby obwiniać mojego męża.

 

Pojawienie się w raporcie MAK informacji dotyczącej sekcji zwłok Pani męża jest niezgodne z konwencją chicagowską, na którą powołuje się strona rosyjska. Czy Pani zgłaszała protest w tej sprawie?

Razem z pełnomocnikiem odwołaliśmy się do gen. Anodiny. Po naszym liście częściowo usunięto zamieszczoną w internecie ekspertyzę.

 

Czy władze polskie w tej sprawie także protestowały?

Nikt nie zgłaszał protestu. Prezydent Komorowski, zwierzchnik Sił Zbrojnych, powiedział coś, z czego wynikało, że nieważny jest honor, tylko prawda. O jakiej prawdzie mówi? O tej, którą Rosjanie ogłosili?

 

Po liście do komisji MAK protestującym przeciwko ogłaszaniu wyników sekcji zwłok gen. Błasika ukazał się artykuł w „Izwiestii”. Pisano tam, że Pani boi się prawdy. Zna Pani ten tekst?

Rosjanie perfidnie kłamią.

Generał Błasik upamiętniony został na Zachodzie. Podobno w Ramstein, w amerykańskiej bazie lotniczej, postawiono mu pomnik.

To nie jest duży pomnik, ale bardzo wymowny. W konturach Polski jest napis z Jana Kochanowskiego: „Jeżeli komuś niebo jest przypisane, to tylko tym, którzy służą ojczyźnie”.

W bazie Ramstein przed główną kwaterą zasadzono także dąb poświęcony mojemu mężowi.

Z całego świata dostaję wyrazy wsparcia. Piszą do mnie generałowie, dowódcy sił powietrznych. To niesamowita solidarność. Dla mnie jest to bardzo ważne w tej chwili.

Na pogrzeb mojego męża przyleciał z Kanady dowódca tamtejszych Sił Powietrznych tylko po to, żeby stanąć i pochylić się nad grobem. Podobnie ze Stanów Zjednoczonych. Czy gdyby Andrzej nie był szanowany, zdecydowaliby się na tak długą podróż?

Słyszałam, że w powojennej historii nie było takiego pogrzebu. Pięćdziesiąt pocztów sztandarowych z całej Polski, tysiące ludzi, delegacje z ponad dwudziestu państw, piękne, wzruszające, a przede wszystkim prawdziwe przemówienia. Stojąc nad grobem męża, wiedziałam, że żegnam wielkiego człowieka.

 

Czy była Pani na miejscu katastrofy w Smoleńsku?

W październiku pojechałam do Smoleńska wraz z innymi rodzinami na zaproszenie pani prezydentowej Komorowskiej. Bardzo przeżyłam ten wyjazd. Dotykałam ziemię, tę nieszczęsną brzozę, o którą samolot zahaczył skrzydłem. Cały czas myślałam: „Boże, co on wówczas czuł?”. Stojąc pod drzewem, które tego dnia stanęło na drodze samolotu, wiedziałam, że myślał o nas – o mnie, o dzieciach. Wiedział, że zginie.

Po jego śmierci, kiedy latałam samolotami, także zastanawiam się, co on wówczas czuł, kiedy wiedział, że już ginie. Jako pilot doskonale wiedział, że to może być koniec.

 

Jak Pani mąż zazwyczaj reagował w sytuacjach stresowych albo konfliktowych?

Był niezwykle opanowany. Nikt go nie mógł wyprowadzić z równowagi. Nikt mu nie był w stanie niczego narzucić, łącznie z najważniejszym pasażerem tego lotu. On swoją osobowością wnosił spokój. Mówią o tym jego podwładni, koledzy.

 

Obecnie oczekujemy na raport komisji Jerzego Millera. Uważa Pani, że wniesie on coś nowego do sprawy?

Słyszałam, że ma być to raport polityczny. W państwach totalitarnych właśnie tak konstruowane są raporty z katastrof lotniczych. Po tej katastrofie często zastanawiam się, właściwie w jakim kraju żyję. Chyba rząd żadnego cywilizowanego kraju nie pozwoliłby sobie na takie bezpodstawne upokorzenia.

 

Czy wierzy Pani, że kiedyś poznamy prawdę?

Myślę, że dopiero wówczas, kiedy zmieni się władza. Na obecnej strasznie się zawiodłam. Czuję się zdradzona, opuszczona. Mąż oddał całe życie dla ojczyzny i co go spotyka po śmierci? Ja również poświęcałam się, tak jak każda żona oficera. Rosjanie obrażają honor żołnierza polskiego i nikt nie reaguje! To skandal! Gdzie my żyjemy! Zostaliśmy skrzywdzeni, cała nasza rodzina! Zhańbiono polskiego generała!

 

Czy ten rok był dla Pani rokiem żałoby?

Skąd. To był koszmar. Polskie piekło. Wystarczyłoby, żeby po mojej stronie stanęli wojskowi, Minister Obrony Narodowej. Wtedy byłabym silniejsza. Zamiast tego nastąpiło milczenie, godzenie się z oszczerstwami. Wszyscy ci, którzy wykreowali fałszywy obraz mojego męża, chcieliby, żebym się poddała. Ja mam wrażenie, że oni nie mówią o moim mężu, tylko o kimś innym. Zgadza się tylko nazwisko.

Głęboko wierzę, że prawda wyjdzie kiedyś na światło dzienne i w końcu powiedzą, że mojego męża nie było w kokpicie. Tylko czy oni się przyznają do tego?

 

Rozmawiał Dariusz Walusiak

Opinie Klientów:

Dodaj swój komentarz:

Podaj wynik dodawania: 7 + 3= (zabezpieczenie antyspamowe)

Klienci, którzy kupili ten produkt, kupili również: