• Kategorie
  • Claudia Cangilla McAdam - Przebudzenie czyli prawdziwe oblicze Weroniki

Seria: Złota Edycja

22.95
szt. Do przechowalni
Czas kompletowania do 14 dni
Koszt przesyłki od 13.5
Odbiór osobisty (Częstochowa) 0
Kurier InPost 13.5
InPost Paczkomaty 24/7 13.5
Kurier InPost (Pobranie) 17.5
InPost Paczkomaty 24/7 (Pobranie) 17.5
Kurier DPD 18
Pocztex Kurier48 (Pobranie) 20
Pocztex Kurier48 20
Kurier DPD (Pobranie) 23
W magazynie podręcznym 0 szt.
Waga 0.292 kg
Powieść przenosi czytelnika do starożytnej Jerozolimy i wraz z jej bohaterką Weroniką pozwala przeżyć wiele ciekawych przygód i doświadczyć czegoś nowego i niezwykłego. Weronika to współczesna nastolatka. Ma swoje plany i marzenia, kłóci się z mamą, podkochuje w chłopaku z sąsiedztwa, buntuje. Ciężko chora, budzi się w Jerozolimie dzień przed ostatnią wieczerzą. Robiąc wszystko, by nie dopuścić do ukrzyżowania Chrystusa, gdyż uważa, że oddanie za kogoś życia nie ma sensu, powoli odkrywa Prawdę... i bardziej poznaje samą siebie. Treść książki trzyma w napięciu, wzrusza, chwilami śmieszy, a przy tym dotyka problemu wiary młodej dziewczyny.


Claudia Cangilla McAdam pisze książki dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Na jej życie religijne ogromny wpływ wywarły studia w Denver Catholic Biblical School, studiowała też na Wydziale Teologicznym w Augustine Insitute w Denver. W ciągu trzydziestu lat opublikowała swoje prace w dziesiątkach czasopism i wydała kilkanaście książek, zdobywając liczne nagrody. Często spotyka się z młodzieżą szkolną, prezentując książki i mówiąc o warsztacie pisarskim. Mieszka w stanie Kolorado. Lubi spędzać czas z rodziną, obserwując życie codzienne.


Zobacz wszystkie książki z serii: Złota Edycja
Zobacz wszystkie książki autora: Claudia Cangilla McAdam
Liczba stron 192
Format 14,5 x 20,5 cm
Oprawa miękka
Fragment:

Rozdział pierwszy


– Nienawidzę cię! – Trzasnęłam drzwiami z hukiem, aż zadrżały ściany w przedpokoju, salonie i jadalni. Chińska zastawa zadźwięczała na szklanych półkach witryny, a gong na stojącym przy wejściu zegarze dziadka jęknął żałośnie, chociaż do pełnej godziny zostało jeszcze dziesięć minut.
Bibeloty w biblioteczce w moim pokoju zachwiały się i zabrzęczały. Kątem oka dostrzegłam, że stojące na najwyższej półce trofeum zadrżało i zakołysało się na boki niczym zataczający się pijak rozpaczliwie szukający równowagi. Wyciągnęłam rękę, ale już było za późno. Figurka zdążyła przekoziołkować. Złota piłkarka z kucykiem i wyciągniętą nogą oraz balansującą na podbiciu stopy piłką wylądowała na podłodze. Ukruszył się jej kawałek głowy i stopy, a cała postać odpadła od podstawy.
– Au! – jęknęłam i potarłam dłonią tył głowy, zupełnie jakbym to ja ucierpiała na skutek upadku, a nie przedstawiająca mnie figurka.
Pozbierałam jej kawałki. Od podstawy imitującej marmur oderwała się też tabliczka z napisem: „Dla najlepszej zawodniczki”.
– Raczej dla mistrzyni pyskówek – mruknęłam pod nosem. Dlaczego nie potrafię trzymać języka za zębami? – skarciłam siebie w duchu, rozkładając kawałki figurki na biurku.
Przeczesałam włosy palcami – długie jak u piłkarki, ale nie tak proste i złote. Moje były ciemne jak noc i opadały na plecy falami, które przy odpowiedniej wilgotności powietrza zmieniały się w loki.
Kiedy przeciskałam się przez drzwi, sprzączka od moich spodni otarła się o framugę i zgrzytnęła nieprzyjemnie. Usiadłam na podłodze i przyblokowałam drzwi plecami. Po części spodziewałam się, że zaraz wpadnie tu mama na ostateczną rozgrywkę. Nie wejdzie tu, nawet jeśli miałby to być szturm… lub delikatne pukanie i imienna prośba.
Nie tak miało to wszystko wyglądać. Byłam taka szczęśliwa, gdy wchodziłam do domu. Bo przecież niecodziennie się zdarza, żeby ktoś taki, jak Tabby Long, zapraszał mnie na wyjazd wraz ze swoją rodziną do domku w górach. Domek to mało powiedziane. To dwupiętrowy pałac z czterema sypialniami, trzema łazienkami oraz ogrzewanym basenem na tarasie i dwoma śnieżnymi skuterami, czekającymi na przyczepie schowanej w garażu na trzy samochody.
– Dzisiaj wieczorem? Jadą dzisiaj wieczorem? – zapytała mama. Odsunęła delikatnie krzesło od kuchennego stołu i odłożyła książkę kartkami do dołu, tam gdzie właśnie skończyła czytać.
I chociaż leżała do góry nogami, odczytałam jeden z wyrazów w tytule: „wyjście”. Odpowiedni do sytuacji. No bo właśnie planowałam wyjście z domu.
– Właściwie to już przed kolacją – odparłam. – Przecież mamy wolne w Wielki Czwartek i Piątek. Tata Tabby chce wyruszyć wcześniej, żeby zdążyć przed tym wielkanocnym tłumem. To już ostatni weekend, gdy działają wyciągi. Jeśli wyjedziemy odpowiednio wcześnie, to pan Long będzie mógł pozjeżdżać wieczorem ze stoku.
Mama uniosła tylko wzrok. Wiedziała o chorobie oczu pana Longa. Już sama jej nazwa brzmiała przerażająco – zapalenie błony naczyniowej. Białka jego oczu miały przeważnie krwistoczerwony kolor, a tęczówki były zmętniałe. Tabby mówiła, że jej tata może nawet oślepnąć.
– Już nie może jeździć na nartach w ciągu dnia – wyjaśniłam. – Promienie słońca odbijające się od śniegu za bardzo podrażniają jego wzrok. W ogóle to być może jedzie na narty już po raz ostatni.
– Wiem – przytaknęła mama i spojrzała mi prosto w oczy. – Diagnozy nie są najlepsze.
Skoro tak, na pewno pozwoli mi jechać.
– Tabby mówi, że czasami ból jest tak ogromny, że jej tata nie może nawet iść do pracy. Proszę, mamo? Nie wiem, kiedy wybiorą się do swojego domku następnym razem, o ile w ogóle jeszcze będą jechać?
– Ale przecież chodzisz do szkoły dopiero od poniedziałku.
– Czuję się naprawdę dobrze. – Przełknęłam ślinę z kamienną twarzą jako dowód, że angina, która uziemiła mnie w domu na cały tydzień, zupełnie minęła. A nawet jeśli gardło trochę mi jeszcze dokuczało, mama nie musiała o tym wiedzieć.
– Nie chodzi o to – dodała szybko mama. – Ale o lekcje. Masz mnóstwo zaległości – przypomniała, unosząc brwi w sposób nieznoszący sprzeciwu.
– Przecież wiesz, jak szybko czytam i mam dobre oceny. – No, może nie zawsze – pomyślałam. – Zabiorę ze sobą książki i będę codziennie się uczyć.
Mama wstała i nie odzywała się przez chwilę, patrząc na stół. Widziałam, że zastanawia się nad tym, co powiedziałam.
– A kiedy wracacie?
Zrobiłam głęboki wdech.
– W niedzielę rano. Na pewno zdążę jeszcze pójść na wielkanocną Mszę św. – zapewniłam bez chwili wahania.
Mama kiwnęła głową i zaczęła masować czoło opuszkami palców, zastanawiając się wciąż nad moją prośbą. Wiedziała, jakie to dla mnie ważne. Co prawda, Tabby doszła do naszej klasy dopiero we wrześniu, ale obecnie nikt w ósmej klasie nie cieszył się taką popularnością jak ona. Niektóre z dziewcząt gościły już w jej domku w górach podczas ferii zimowych. A teraz, dwa miesiące przed wakacjami, w końcu zaprosiła i mnie.
Mama z powrotem usiadła na krześle i położyła dłonie na stole.
– Ronni, przecież wkrótce rozpocznie się Triduum Paschalne. Dlaczego chcesz wyjechać w tym najbardziej świętym czasie w roku? – Rozłożyła ręce i uniosła je delikatnie dla podkreślenia pytania.
Chciała wiedzieć dlaczego? Czy ona kiedykolwiek była w moim wieku? Czy zapomniała już, jak to jest, gdy człowiek chce trochę się zabawić?
– Ale przecież wrócę na Mszę św. w Wielkanoc. – Nawet jeśli zupełnie nie miałam na to ochoty. – Pan Long dopilnuje, żebym była na czas, o którejkolwiek godzinie sobie zażyczysz. – Pięknie, zaczynam się podlizywać. – Zawsze jest niezwykle punktualny. To chyba zasługa długich lat spędzonych w armii.
– A Wielki Czwartek i jutrzejsza Msza Wieczerzy Pańskiej? Przecież miałaś służyć przy ołtarzu? – Miałam. Po co w ogóle wpisałam się na listę. Kiedyś bawiło mnie bycie ministrantką, zapisałam się dwa lata temu w szóstej klasie. Ale teraz… zamierzałam to zostawić wraz z końcem roku szkolnego. Służyłam tylko dlatego, że tak chciała mama.
– No i opuściłabyś Drogę krzyżową w Wielki Piątek – dodała. – Co byś wtedy robiła?
Cokolwiek – miałam ochotę odpowiedzieć.
– Nie wiem, może…
– Wiesz, że On za ciebie oddał życie.
No nie, znowu – pomyślałam.
– Przecież Go o to nie prosiłam!
Mama otworzyła usta, ale nie powiedziała ani słowa.
– Tata na pewno pozwoliłby mi jechać. – Tym razem przesadziłam i to z dwóch powodów. Po pierwsze, tata nie był katolikiem, a po drugie, nie minął jeszcze rok od dnia, gdy zginęli ze Stevenem. Chciałam coś jeszcze dodać, ale szybko zamknęłam jadaczkę. Mówienie o tacie i Stevenie było niczym rozdrapywanie ran. A ja z całą pewnością nie miałam dzisiaj na to ochoty.
Mama zamknęła oczy i zacisnęła usta. Miała nadzieję, że zdławi tym ból. Była w tym naprawdę niezła. Po chwili otworzyła oczy i spojrzała na mnie, nie zamierzała dać się ponieść. Ani słowem nie wspomniała o tym, co zrobiłby tata. Obydwie doskonale wiedziałyśmy, że i tak nie miało to znaczenia. Nie teraz.
– A więc nie rozumiesz, dlaczego Chrystus cierpiał i umarł za ciebie? Za nas?
– Nie – odparłam. I to było szczere.
Dlaczego ktoś miałby umierać za kogoś, kogo nawet nie zna. Nie oznacza to, że kwestionowałam potrzebę zbawienia, przebaczenia grzechów i pójście do nieba. Jednak ta akurat część ofiary nie miała dla mnie sensu. Czy to nie mogło odbyć się trochę inaczej? To znaczy, było we mnie coś z niewiernego Tomasza. Wierzyłam w Jezusa. Naprawdę wierzyłam. Ale jakoś nie mogłam zrozumieć, dlaczego On musiał umrzeć. Zastanawiałam się często, dlaczego nikt Go nie powstrzymał. Ja na pewno bym to zrobiła. Jego śmierć wydawała mi się taka niesprawiedliwa. Nie mogłam tego pojąć. Przecież nic nie jest warte tego, by oddać za to życie.
– I, według ciebie, weekend z Tabby pomoże ci zrozumieć, dlaczego Zbawiciel za nas umarł? Nie sądzę. Kilka najbliższych dni to dobry moment na takie rozważania. Skup się, a być może uda ci się coś zrozumieć.
Podniosła się, a nogi krzesła zaszurały nieprzyjemnie o drewnianą podłogę, i wyszła do salonu. Doskonale wiedziałam, co teraz robi. Usiadła na bujanym fotelu i zabrała się za robienie na drutach albo wzięła do ręki różaniec i błagała Matkę Bożą o potrzebne siły. Lub prosiła Jej Syna, żeby ocalił moją duszę.
Któregoś razu splotła ze sobą dwa palce, wskazujący i środkowy, i uniosła dłoń.
– Właśnie tak jestem przywiązana do Maryi – wyjaśniła. Dorastała bez mamy, dlatego szukała pomocy i wsparcia u Matki Jezusa. Rozumiałam to, ponieważ sama przeżyłam stratę i bezsensowną śmierć rodzica.
Musiałam podjąć jeszcze jedną próbę, ale żaden przekonujący argument nie przychodził mi do głowy. Poszłam za nią do salonu.
– Proszę.
Żadnej odpowiedzi.
Nie ma jeszcze komentarzy ani ocen dla tego produktu.